Ameryka Południowa

niedziela, 09 listopada 2008

Kolejny odcinek mocno spóźnionej podróży przez 6 kontynentów za mną. Tym razem padło na Amerykę Południową i pisarkę Isabel Allende. Jej Dom duchów leżał na półce od ładnych paru lat, ale dopiero niedawno zdecydowałam się sięgnąć po książkę.

Dom duchów to historia rodzinna, historia wzlotu i upadku Estebana Trueby i jego potomków. A dokładnie - potomkiń, bo w tej opowieści najważniejsze są trzy pokolenia kobiet. Żona Clara, córka Bianca i wnuczka Alba. Przez posiadłość Estebana przewijają się konkurenci do ręki tych pięknych dam, przyjaciółki jego synów czy wreszcie nieślubne dzieci samego Estebana. Niektórzy twierdzą nawet, że powieściowy Poeta to nikt inny jak Pablo Neruda, chillijski laureat literackiej nagrody Nobla.

Tłem dla wydarzeń rozgrywających się w czterech ścianach domu są gwałtowne wydarzenia polityczne. Jesteśmy więc świadkami rodzącego się ruchu socjalistycznego, obserwujemy kulisy i konsekwencje przejęcia przez nich władzy w kraju, krwawe rozgrywki polityczne, których ofiarami są dzieci i wnuczka konserwatywnego senatora Trueby.

Dom duchów to historia rodzinna, która rozpoczyna się w momencie zdobywania przez seniora rodu majątku i awansu społecznego. Kończy się jego śmiercią, więc postać Estebana jest klamrą spinającą kompozycję powieści. Powieści interesującej, wciagającej i sprawnie napisanej, momentami dość wyraźnie przypominającej Sto lat samotności. Ale daleka jestem od okrzyków zachwytu. Żadne tam arcydzieło, po prostu kawał (ponad 500 stron!) dobrze napisanej prozy. I zachęta, żeby z Allende spotkać się raz jeszcze. Zapraszam też na mojego bloga.

Allende Isabel, Dom duchów, tłum. Z. Kowalewski, Warszawa 2002.

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Niestety nie zakonczylam wyzwania w czasie, wciaz slecze nad "Baudulino", zato zakonczylam zbior opowiadan J. Cortezar "All Fires the Fire".

Dziekuje za mozliwosc udzialu, za bardzo ciekawe recencje, ktore wlasnie byly przyczyna mego opoznienia - nagle moja lista wydala sie malo interesujaca i zaczelam czytac inne ksiazki.

piątek, 13 czerwca 2008
Jako, że 30 czerwca kończy się nam wyzwanie, pomyślałam, iż dobrze byłoby pod koniec przeczytać coś, mało znanego, z Ameryki Południowej. Mój wybór padł na książkę autorstwa Jaime Manrique zatytułowaną „Nasze losy są jak rzeki. Opowieść o kobiecie, która chciała zmienić Amerykę Południową”.

Autor w swej powieści przenosi nas w XIX wiek i zaprasza do śledzenia historii kobiety kochającej Simona Bolivara. Opowieść snuje Manuela Saenz, ale i jej dwie służące.

Manuela była dzieckiem z nieprawego łoża i gdy po śmierci matki rodzina oddała ją do klasztornej szkoły, spotykała się ze złym traktowaniem właśnie z powodu tego, że była Kreolką. Jeszcze niżej w hierarchii społecznej stali wówczas czarni niewolnicy, choć bohaterka książki traktowała Natan i Jonotas niemalże po przyjacielsku. Przez wiele lat Manuela zabiegała o zainteresowanie swojego ojca, a do czasu, w którym zjawił się w jej życiu zdążyła go, za długie milczenie, znienawidzić. Uciekła z klasztoru z mężczyzną, poślubiła innego – wskazanego jej przez ojca, by wreszcie spotkać się z Simonem Bolivarem, swoją wielką, wytęsknioną Miłością. Powieść opisuje szczęśliwe lata spędzone u boku Bolivara, ale i te, w których Manuela została sama po śmierci Wyzwoliciela.

Słabo znam historię Ameryki Południowej, więc możliwość ujrzenia jej oczyma kolumbijskiego pisarza, ucieszyła mnie przeogromnie. Znajomość marzącego o utworzeniu Wielkiej Kolumbii, potężnego duchem mężczyzny i kobiety, która jemu i jego idei podporządkowała większość swego życia, jest napisana w ciekawie i odsłoniła przede mną wiele smaczków dotyczących nie tylko wydarzeń historycznych, ale i obyczajowych, czy społecznych. Ciekawa była obserwacja Manueli na temat traktowania jej przez mężczyzn:

Nie wątpię, że większość bogotańczyków była oburzona moim zuchwałym zachowaniem. Z drugiej strony, oficerowie Bolivara, głównie Irlandczycy, zdawali się gustować w moim towarzystwie i uważali mnie za swoją. Dla nich nie byłam dziwadłem, jak dla większości Kolumbijczyków – w Europie musieli widzieć wiele niezależnych kobiet, takich jak ja.

Podziwiam pasję Manueli, podziwiam temperaturę jej uczucia i emocje jakim daje wyraz podczas snutych przez siebie wspomnień.

P.S. Manuela Saenz jako pierwsza z kobiet otrzymała order "Caballeresa del Sol".

wtorek, 20 maja 2008

W tradycji niektórych rodzin tkwiła decyzja o wysyłaniu latorośli, z którymi się miało kłopoty wychowawcze, do szkół prowadzonych przez zakonnice/zakonników lub wojsko, by tam, będąc pod nieustannym nadzorem wymagającej kadry, poznali dyscyplinę, zmężnieli, nabyli wiedzy i ogłady, słowem, by wyszli na ludzi. Rodzinka pozbywała się kłopotu, płaciła czesne, a wzamian otrzymywała gotowy produkt często przystosowany do funkcjonowania w tejże rodzinie i w społeczeństwie. Zdarzały się wcale nie tak rzadkie przypadki krnąbrności, ucieczek, ale tego nie wywlekano na światło dzienne.

Debiutancka powieść Mario Vargasa Llossy Miasto i psy oparta była na osobistych doświadczeniach o podobnym charakterze. Wydanie jej w 1963 roku wywołało skandal, który przyczynił się do rozgłosu na skalę międzynarodową. O tym wszystkim możemy przeczytać w artykułach poświęconych twórczości pisarza.

Pod względem kompozycyjnym przypomina układankę, początkowo niejasną, chaotyczną, by na końcu otrzymać logiczny obraz świata przedstawionego. To powieść rozpisana na głosy narracyjne.

Naszą uwagę skupiają chłopcy nowego rocznika przyjęci do Szkoły Wojskowej imienia Leoncia Prady: Niewolnik, Jaguar, Alberto-Poeta. Bohaterowie prezentują różny poziom wrażliwości i przystosowania do życia w nowych warunkach, ale od początku muszą zacząć walczyć o swoje miejsce w grupie. Dodam, że tylko dla jednego z nich ukończenie tej szkoły jest przepustką do normalnego życia w społeczeństwie. Autor oschle, brutalnie, po męsku opowiada wydarzenia z ich pobytu w szkole, ale też sięga w przeszłość, by przedstawić sytuację rodzinną chłopców. Tak jak różna jest pozycja chłopców w grupie, tak też różna jest i pozycja wykładowców-oficerów.

(...)duch wojskowy składa się z trzech prostych czynników: posłuszeństwa, pracowitości i odwagi.(str. 40). Wbrew temu jest to miejsce przemocy, sadyzmu, nietolerancji, cwaniactwa, przebiegłości, w którym tuszuje się niewygodne skandale.

Koszary odzwierciedlają to, co dzieje się poza murami. W domach rządzi mężczyzna, który poniewiera kobietę/matkę dzieci fizycznie i psychicznie. W mieście ważne jest to, z jakiej dzielnicy się pochodzi.

Powieść można czytać dosłownie jako utwór o skandalu w szkole kadetów, ale też jako metaforę postaw społeczeństwa peruwiańskiego, w którym wojsko dochodzące do władzy odgrywa ważną rolę.

Tę wybitnie samczą powieść nie czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Czym prędzej opuszczam Amerykę Południową i wyruszam do Australii.

Oddech, oczy, pamięć to na poły autobiograficzna książka młodej haitańskiej autorki, piszącej po angielsku. Jest to opowieść o kobietach tego kraju, silnych, kochających, ale bardzo poranionych przez życie, świat, mężczyzn, i siebie nawzajem. Główna bohaterka i narratorka to Sophie, dwunastoletnia dziewczynka, wychowywana najpierw z ukochaną ciotką na Haiti, potem z matką w USA. Przyjazd do Stanów okazuje się być dla niej traumatyczny - matka, w młodości zgwałcona, choć stara się trzymać normalności ze wszystkich sił, coraz bardziej pogrąża się w odmętach psychicznych zaburzeń i sennych koszmarów. Pęta ją także tradycja - uważa, że pilnowanie dziewictwa córki jest jej matczynym obowiązkiem, że byłaby złą matką, gdyby tego nie robiła. Sama jako nastolatka "sprawdzana" przez własną matkę, teraz robi to latami, codziennie, swojej córce. Martine to tragiczna, zagubiona postać; nieświadomie wyrządza Sophie ogromną krzywdę, która doprowadzi dziewczynę do brutalnego samookaleczenia, oraz zaważy na jej małżeństwie i całym dorosłym życiu.

Pomimo że temat jest bardzo ciekawy, a niezwykła składnia i specyficzne metafory miejscami pięknie oddają klimat kreolskiego języka i folkloru, mam jednak z tą książką problem. Wydaje mi się, że zawiera wiele typowych "błędów debiutanta". Narracja jest prowadzona chwilami zbyt pośpiesznie, urywane dialogi często zbyt bezpośrednio i jednoznacznie przekazują informacje, postaci drugoplanowe, zwłaszcza mężczyźni, oddani są dość schematycznie. Chwilami książka przypomina bardziej pamiętnik z terapii, niż tekst literacki. Najbardziej bronią się fragmenty odgrywające się na Haiti, zwłaszcza podróż po latach Sophie do domu ciotki i babki. Wiele zdań opisujących ten kraj i jego mieszkańców zawiera w sobie duży ładunek poetyckiego napięcia, a postaci Tante Atie i Grandmé Ifé są pełnokrwiste i ciekawe. Amerykańskie epizody są w porównaniu z haitańskimi niestety o wiele słabsze. Znika metafora, niejednoznaczność i głębia, zamiast tego mamy dość prostą relację z wydarzeń. Wiele motywów, zwłaszcza relacje małżeńskie Sophie, aż prosiłyby się o rozwinięcie i pogłębienie. Jest trochę tak, jakby autorka czuła się swobodnie i twórczo tylko w czarownym świecie egzotycznego dzieciństwa. Nowej, szarej emigracyjnej rzeczywistości nie potrafi oryginalnie przetworzyć w literaturę, jakby nie wiedziała, z której strony ją "nadgryźć", jak ją zrozumieć i uczynić swoją.

Mimo tych niedostatków polecam tę książkę, lekko i łatwo się czyta, i wiele można się z niej dowiedzieć o haitańskiej mentalności, zwyczajach i wewnętrznym świecie skrzywdzonych kobiet tego kraju. Mój ulubiony fragment to symboliczna przypowieść, która w metaforycznym sensie streszcza całą książkę Danticat. Do jej przeczytania zapraszam tu

niedziela, 18 maja 2008

Niedawno wróciłam z książkowej podróży do Kolumbii - opis wrażeń czeka na Was na moim blogu, zapraszam (wystarczy kliknąć na poniższe zdjęcie).

 

 
Medellín
(źródło zdjęcia: Wikipedia)
 

 Następny przystanek - prawdopodobnie Kanada.

MBL Profile Preview
MBL Profile Preview
MBL Profile Preview
MBL Profile Preview
MBL Profile Preview
poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Byłam, przeczytałam... Recenzja TUTAJ.:)

niedziela, 27 kwietnia 2008

Przeniosłam się z Europy do Ameryki Środkowej, a konkretnie na Kubę (z racji pochodzenia autora) lub do Wenezueli (z racji miejsca akcji jego powieści). Książkę Alejo Carpentier'a "Podróż do źródeł czasu" zdjęłam z półki bibliotecznej zupełnie przypadkiem, po prostu chciałam coś wybrać z literatury Ameryki Środkowej i ten tytuł i ta okładka przyciągnęły moją uwagę.

Autor nie obchodzi się lekko z czytelnikiem - narracja jest prowadzona w sposób skomplikowany, zawiły, soczysty, pełen metafor, tak więc nie można tej książki czytać ot tak sobie, nieuważnie, odpływając myślami na chwilę gdzieś indziej, bo szybko traci się wątek. Ale z drugiej strony, kiedy już wpadnie się w ten rytm, czytelnik płynie od zdania do zdania, i poprzez kolejne strony, przynajmniej ja ta pięknie i gładko sobie płynęłam. *^v^*

Carpentier jest mistrzem opisu - kiedy nasz bohater idzie ulicą, widzimy i czujemy dokładnie każdy kolor, zapach i fakturę, każdy dźwięk i smak. A co dopiero, kiedy podróżuje łodzią po rzece albo poprzez dżunglę! Nie są to opisy rozwlekłe i nadmiernie rozbudowane (niczym zmora uczniów - opisy przyrody w "Nad Niemnem", zresztą bardzo piękne *^v^*), są jak seria krótkich ujęć filmowych, nasz wzrok pada na budynek, stragan z owocami, handlarza ptaków i od razu uderza nas mnogość doznań, wiele zmysłów jest w jednej chwili zaspokojonych. (ta książka ożywiła u mnie wspomnienia z lektury "Tego lata w Zawrociu" Hanny Kowalewskiej, które jest podobne pod względem opisów przyrody)

Sama historia jest na początku intrygująca, potem staje się coraz bardziej ciekawa i przewracałam kolejne strony, żeby jak najszybciej przekonać się, co też bohater dalej zrobi, jak wybrnie z sytuacji, w której się znalazł (z własnej woli zresztą). Koniec jest troszkę przewidywalny, ale w sumie nie o to w tej książce chodzi - to powieść o podróży poprzez czas i przestrzeń, tej namacalnej po drogach i bezdrożach, i tej do swego wnętrza, metafizycznej, sięgającej korzeni, hm.. wszystkiego.

środa, 23 kwietnia 2008


Lekturka spoza wyzwaniowej listy, ale zainspirowana inną wyzwaniową lekturą.
Mario Vargas Llosa według mnie po raz drugi do przeczytania tutaj.

niedziela, 20 kwietnia 2008

Márqueza trochę się bałam. Zawsze bowiem wydawało mi się, że jak noblista, to tematyka będzie trudna, wzniosła, być może nawet wiać będzie nudą. A tu pozytywne rozczarowanie: książka skrzy się niebanalnym humorem, napisana jest bogatym i pięknym językiem, postacie natomiast od razu wywołują w nas konkretne emocje. Dzięki barwnym opisom miałam wrażenie, że przeniosłam się gdzieś na upalne Karaiby i razem z Florentinem Arizą przeżywałam jego nieszczęśliwą miłość. Z pewnością sięgnę po inne książki tegoż autora i mam nadzieję, że będą równie interesujące.

Cytaty z książki na moim blogu.

 
1 , 2